czwartek, 28 lipca 2011

informacja turystyczna...






Bagna nad Biebrzą okazały się nieprzyjazne - lało! Ale to nie to było najgorsze. W Informacji Turystycznej w BPN pan, który tam pracował potrafił jedynie dać mapę i powiedzieć, że kosztuje ona 10 zł. Cudo. :( Aż wierzyć mi się nie chciało, że teraz, kiedy tyle mówi się o rozwoju turystyki itp. można natknąć się na kogoś tak kompetentnego. Na żadne więcej pytanie nie udzielił informacji, mówiąc, że on nie wie. Zniechęceni takim obrotem spraw, pojechaliśmy dalej - do Białegostoku. Miałam trochę pretensji do siebie, że wzięłam nieodpowiednie ubrania i że bardziej nie przygotowałam się do wyprawy, ale wiedząc, że jest punkt inf. tur. stwierdziłam, że przecież tyle, ile będzie trzeba dowiem się w tamtym miejscu. Bardzo się myliłam. Mam nauczkę na następny raz.

Diametralnie inną obsługę w pkt. inf. tur. można spotkać w Białym stoku. Pan podarował mapę, przewodnik, powiedział od czego zacząć, gdzie jest najbliżej itp. Aż się chciało zwiedzać!

Białystok - miasto czyste, zielone, urokliwe, ładne. Robi wrażenie Pl. Kościuszki i pałac Branickich, nazywany polskim wersalem. Powinno się jeszcze dodać mini wersalem:). Ogród niestety świeżo posadzony nie robił aż takiego wrażenia, jednak zaznaczona symetria roślin, tworzących dywany pozwalała wyobrazić sobie, jak będzie to wyglądało za jakiś czas. Obecnie w pałacu mieści się Uniwersytet Medyczny, co sprawia, że po korytarzach można chodzić bez skrępowania.


wtorek, 26 lipca 2011

czasem słońce..., czasem deszcz...

Wczorajsza podróż przebiegła pod znakiem Trójki i rozpogodzeń - im dalej na północ, tym niebo bardziej sprzyjało, przejaśniając się i mrugając promieniami słońca... Nastrój niewątpliwie tworzyło radio: bombonierki i I`ve got you under my skin Franka Sinatry przeniosły mnie w świat sentymentalnych przemyśleń. W Ełku przejaśniło się do tego stopnia, że można było leżeć na plaży i spacerować nad brzegiem jeziora. Miastu trzeba oddać to, że jest urokliwe. Wykorzystano położenie, bezpośrednią bliskość jeziora i ciekawie urządzono nadbrzeże, budując np. galerię świątków ludowych. W ogóle część turystyczna przepełniona jest ludowymi rzeźbami.

Oberża pod gontem - położona w sąsiedztwie Ełku - grzeszy jednym - rewelacyjną kuchnią. Wczorajsza kolacja i dzisiejsze śniadanie, to prawdziwa uczta. Jeśli miałabym wybierać danie dnia, a chyba nawet pobytu, to będą to OGÓRKI MAŁOSOLNE. Rewelacyjne! Takie jak powinny być.

Niestety miejsce to ma jednak i minusy, nad którymi nie zastanawiałam się kupując pobyt: bliskość intensywnie wykorzystywanej drogi oraz nastawienie bardziej na weselników niż turystów. Oberżę można traktować wyłącznie jako bazę wypadową dla podróży po Mazurach, bo samo w sobie, poza kuchnią i uroczym wystrojem, a trakcji nie ma. Trudno tu nawet zasięgnąć informacji o szlakach, a wypożyczenie rowerów możliwe jest dopiero w Ełku. Mimo to, ogórki małosolne rekompensują wszystko...

Dzisiaj pada. Bardzo dobra pogoda, aby wybrać się na Bagna Biebrzańskie...

poniedziałek, 25 lipca 2011

deszcz i książki...

może to i dobrze... dobrze, że żar nie leje się z nieba, a leje się deszcz, bo mogę robić to, czego już dawno nie robiłam. Nie robiłam z takim spokojem, wyczuciem na estetykę, formę, z rozkoszą zatapiania się w cudze myśli, życia, narracje. Mogę czytać! I nie ważne, nie musi być upału - Bóg też może czasem odpocząć...

Wracając do Zagajewskiego - to jest jedyna książka, którą mam ochotę skończyć - czytanego przeze mnie jeszcze w Toruniu: wczoraj wieczorem natknęłam się na fragment o książkach i bibliotekach. Autor bardzo często porusza ten temat - czytaną przeze mnie Lekką przesadę właściwie można określić jako katalog lektur, doznań estetycznych, przeżyć, miejsc, ludzi, wspomnień, które z cała swoją mocą odcisnęły się na biografii poety.

Zagajewski - ambasador kultury polskiej na świecie, uznany poeta i eseista, który od lata czaka na Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury (pewnie nigdy jej nie dostanie, bo jego "wiersze są zbyt historyczne"), porusza się w świecie książek i książnic, pisząc o nich, zarażając pasją i interpretując ich miejsce w swoim życiu, w życiu innych, w życiu kultury uniwersalnej - śródziemnomorskiej.

Przytoczę jedną z jego refleksji o bibliotecznych książkach. Dlaczego akurat tę? Bo wypowiada ona również moje osobiste przeżycia. Przypomniała mi o książkach w szaroburym papierze, o nieczytaniu opisów przyrody, co bardzo odchudziło Reymontowskich Chłopów, czar biblioteki i sposoby na spędzanie wakacji - podróże w świat fikcji literackiej, kiedy to, czasem bez śniadania i innych posiłków, leżałam w łóżku do 14., i czytałam (dzisiejszy dzień wyglądał podobnie - pierwszy dzień dorosłych wakacji, czyli urlop). Fragment ten budzi również wiele skojarzeń ze sposobami czytania, ze sposobami na czytanie i z osobami, które czytają powieści, fantastykę, wszystko... nawet cztery książki na raz...

"Mieszkałem sześć czy osiem minut marszu od miejskiej biblioteki, byłem niezwykle pilnym czytelnikiem książek, głównie powieści, które - wszystkie - obłożone były w szaroburym papierem pakunkowym, jakby ktoś ubrał je w mundury, chcąc ujednolicić ich niedającą się ujednolicić odmienność. W domu też nie brakowało książek, wydawało mi się jednak, że wszystkie je już przeczytałem, tak jak o tym mówi Mallarme w wierszu Brise mrine ("j`ai lu les livres"). Zresztą książki domowe były zbyt domowe, zbyt swojskie. Szukałem niezależności. Biblioteka mieściła się wtedy w miejskim ratuszu. Solidna tablica na murze ratusza informowała, że tutaj zatrzymał się na jedną noc król Jan III Sobieski idąc na odsiecz Wiednia. Król, myślałem, zatrzymał się w mojej bibliotece! I dzięki temu szarobure książki miały w sobie coś nieco królewskiego. Lubiłem chodzić do biblioteki, codziennie, lub prawie codziennie. Teraz trudno mi w to uwierzyć, ale czytałem wówczas z nieprawdopodobną szybkością, omijając zwykle opisy przyrody. Z rozmów z przyjaciółmi wiem, że nie było w tym nic wyjątkowego. [...]
Uwielbiałem moment wyjścia z domu [...]. I potem moment, kiedy z nowo wypożyczonymi tomami wracałem do domu, który przestawał być więzieniem, tak jakby moja nieobecność oczyściła go. Nowo wypożyczona książka zapowiadała niezwykłe przeżycia [...]".
(Adam Zagajewski, Lekka przesada, Kraków 2011)

sobota, 23 lipca 2011

Możdżer kontra czas


Znając kilka kompozycji Możdżera i wiedząc o tym, jakim uznaniem cieszy się on w jazzowym świecie, postanowiłam sprawdzić na żywo z czym się to je. I z czym się je Możdżera? Hmmm...
Z gigantycznym poczuciem humoru, z bystrymi ripostami i niesamowitą inteligencją. Rzadko kiedy można powiedzieć tak o muzyku. A jednak - w tym wypadku jest to kwintesencją występu, jaki na toruńskim, ratuszowym dziedzińcu dał Możdżer.

Zimno... i pada... - taka pogoda z turnauowskiej "Brackiej"... A koncert przerywany salwami śmiechu wywołanymi przez reakcję muzyka na... bijący zegar, na wieży ratuszowej. Co kwadrans - punktualnie, odgłos nie przeszkadzał muzykowi, ale został wykorzystany do urozmaicenia występu. Kiedy zaczęły wybrzmiewać pierwsze dźwięki fortepianu, odezwał się właśnie o 19.45 pierwszy raz... I co? Możdżer od razu podchwycił wybrzmiewające dźwięki i zaczął improwizacyjne przekomarzanie się z "siłą wyższą". Co 15 minut zmieniał repertuar tak, aby wykorzystać instrument, który dostał w pakiecie razem z murami i atmosferą ratusza. Aby precyzyjniej naśladować swoistą muzykę sfer i zegarowych zębatek Możdżer wzbogacił fortepian o sztućce rzucone na struny instrumentu. Zabieg ten pozwolił mu na uzyskanie prawie identycznego, zegarowego dźwięku.

Całość wywołała we mnie niesamowite zdziwienie i uznanie dla muzyka, który wykazał się poczuciem humoru i jakże sympatyczną reakcją na otaczającą go przestrzeń. Przed bisem muzyk pytał publiczność, jak my tu możemy funkcjonować z tym zegarem i czy przez to nie jesteśmy zestresowani. Kiedy skończył rozmowę z publicznością zegar znów zaczął wybijać pełną godzinę. Zabił dziewięć razy, a kiedy skończył Możdżer nagrodził go brawami.

Wiedziałam, że idąc na taki koncert wysłucham muzyki na najwyższym poziomie, ale mimo wszystko bałam się, że mówiąc krótko - wynudzę się. Ale nie... okazuje się, że można zrobić z muzyką jazzową coś intrygującego, coś po czym nawet tacy ignoranci, jak ja, będą szczerze zachwyceni.

A tu jest coś na udowodnienie tych słów. Kompozycja Możdżera, w której wykorzystał muzykę z filmu "Prawo i pięść". Urzekające...

Posłuchaj... http://www.youtube.com/watch?v=DoJ-n2yqoNQ

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

errata do życia...

piękny, cudowny, subtelny, rewelacyjny... Wiem, że dużo przymiotników i to przymiotników jednoznacznie nacechowanych, ale nie są one przesadą. Po obejrzeniu "Erratum" nie da się tego filmu inaczej opisać jak tylko namnażając przymiotniki, wyrażające zachwyt widza. Tak, zachwyt! Film drobiazgowy, subtelny i delikatny w pokazywaniu tych najtrudniejszych emocji - żalu, miłości, cierpienia, oczekiwania na przebaczenie, nadziei... I to właśnie ten aspekt filmu decyduje o tym, że trafia on w samo sedno wrażliwości odbiorcy. Nic tu nie jest powiedziane dosłownie, nawet ból nie jest wykrzyczany. Bohaterowie rozmawiają ze sobą tak, jakby mieli zaciśnięte przez żal i prośbę o wybaczenie gardła. Cała dosłowność jest ukryta w nich. Widz nie dowiaduje się, co stało się kilkanaście lat temu, możemy się tylko domyślać, jakie czyny położyły się na teraźniejszości bliskich sobie ludzi.

Michał trochę przez przypadek, jeśli on istnieje, wraca na moment do rodzinnej miejscowości. To ma być chwila, załatwienie interesu i natychmiastowy powrót do rodziny. Los/Bóg/fatum/przypadek - nazwijmy TO jak chcemy - decyduje jednak inaczej. Michał zostanie tak długo w tym miejscu, jak długo będzie to potrzebne, aby wyprostować swoje życie, aby napisać do niego erratę, aby naprawić błędy. Tu film jest odrobinę schematyczny i przewidywalny, ale nie chcę o tym pisać, bo film jest tak urzekający, że nie chce mu się robić krzywdy! Michał wracając do swojego ojca, chce z nim rozmawiać, czuć, że chce wykrzyczeć ból, zawiedzenie i pozostałe złe emocje, związane z relacją z ojcem. Spotykając się z przyjacielem z czasu szkoły, chce wyjaśnić, co się z nim przez czas nieobecności działo i dlaczego tak było, szuka słów: "Stary, jest dobrze, nie gniewam się, zacznijmy wszystko raz jeszcze". I... mają szansę zacząć...

Film obfitujący w symbole: woda, ogień i dźwięk pukania tworzą mistyczny, metafizyczny nastrój. Ma się wręcz pewność, że gdyby Michał wrócił do rodzinnej miejscowości dzień przed tym, kiedy powinien, albo dzień po, to wszystko to, nie mogłoby się wydarzyć. Miałam wrażenie, że Ktoś, nad tym wszystkim czuwa, że tak po prostu musi być... Czeka się na koniec z zapartym tchem i z każdą minutą przekonujemy się również, co jest w naszym życiu ważne. Może to i banalne, ale Michał udowadnia, że trzeba żyć tak, jak się myśli, a nie myśleć tak, jak się żyje. I to zakończenie! mmmmm z całą pewnością powiem: nigdy nie widziałam piękniejszego...

wtorek, 22 lutego 2011

być czarną owcą...

Ostatnia akcja na FB wzbudziła moje zainteresowanie - Olej stado! Bądź czarną owcą! Stado, tj. 56% społeczeństwa nie czyta, choć to mało powiedziane - nie czyta nawet 3 stron litego tekstu. Książki nie budzą zainteresowania, nie przenoszą wartości, nie kształtują świat człowieka, nie wpływają na jego postrzeganie rzeczywistości. Dzięki nieczytaniu książek człowiek myśli tak, jak żyje! I tak się zastanawiam... czy to w ogóle warto żyć tak, jak się myśli!? A może to właśnie większość tym razem ma rację! Może ONI są lepsi! Bo co nam daje czytanie? Zmarnowany czas, wydane bez potrzeby pieniądze na książki, wysiłek dla oczu, a w tym czasie moglibyśmy obejrzeć kolejny odcinek serialu lub czegokolwiek innego! Czy rzeczywiście powinniśmy czytać?! Chyba nie, a raczej na pewno NIE (i mówię to z pełną odpowiedzialnością)! Z czytaniem jest jak z uczeniem filozofii, jeśli się zacznie uczyć i wpajać czytanie jako wartość, to wykształcimy społeczeństwo krytyków, widzących i chcących czegoś więcej niż oferuje nam szara, smutna i polska rzeczywistość. Zatem... NIE WARTO! Czytanie uszlachetnia, więc nie czytajmy! Bądźmy stadem..., ja chcę być stadem - kropelką w jeziorze, morzu, oceanie nieczytania! Nie chcę rozumieć i pojmować więcej..., nie chcę! Bo to wszystko sprawia, że czuję się w tym społeczeństwie źle, wyautowana, wyalienowana, niezrozumiana! Jestem kimś niedostosowanym społecznie, bo mam swoje, czasem inne zdanie, bo coś przeczytałam, bo coś wiem... Czuję się winna! Przecież nie chodzi w życiu o to, żeby być outsider`em! Może wtedy, kiedy będę czystą biała kartką, zalaną koktajlem popkultury, to będzie mi lepiej... Będzie mi wszystko jedno, przestanę się denerwować, dziwić i zacznę zachwycać się... prostactwem, którego tyle jest wokół...

piątek, 17 grudnia 2010

Święta na bazarze...























I jak tu nie lubić Świąt?
W sklepach brakuje wózków na zakupy..., choinek też już braknie..., a w centrach handlowych brzmi "all i want for christmas is you". Jak mam wierzyć w to, że wszystko, co chcemy na Święta, to bliska nam osoba? Przecież potrzebujemy tej góry jedzenia, z której większość i tak wyrzucimy, bo przejeść się tego nie uda. Potrzebujemy tych wszystkich świątecznych gadżetów, bo bez nich Święta nie mają magii. A ja naiwnie myślałam, że Święta i Duch Bożego Narodzenia jest w nas. No właśnie! Już o tych Świętach nie mówimy "Boże Narodzenie", tylko po prostu - "Święta"... Szkoda... Mimo wszystko - Urbi et orbi - życzę pięknej, magicznej, wypełnionej obecnością najbliższych wieczerzy wigilijnej. Abyśmy w te Boże Narodzenie zrozumieli rzeczy ważne i docenili je. Niech te dni, przepełnione bliskością naszych ukochanych, przybliżą nas do narodzonej Dzieciny!
Podnieś rękę, Boże Dziecię,
Błogosław Ojczyznę miłą,
W dobrych radach, dobrym bycie,
Wspieraj jej siłę swą siłą,
Dom nasz i majętność całą,
I wszystkie wioski z miastami!
A Słowo ciałem się stało
i mieszkało między nami.