czwartek, 4 sierpnia 2011

constans contra płynność

Ciąg dalszy z Zagajewskiego...

"Konserwatyści potępili nasze czasy, mówili, że są bezduszne, martwe, ale zapominali o ludziach czytających Dantego albo Miłosza w samolotach i w wagonach paryskiego metra. Konserwatyści wychwalali minione stulecia, kochali rycerską Europę, kochali katedry gotyckie i ciche długie nawy romańskich kościołów, w których zachował się szept mnichów. Konserwatyści nie mylili się, kochając stare kościoły, ale mylili się potępiając naszą epokę; nie chcieli zobaczyć, że wszystko trwa dalej, rzeczy podłe i rzeczy wspaniałe nadal trwają. Zmieniają się ich proporcje i nazwy, ich cienie ogromnieją albo maleją, ale one wciąż trwają, tyle że żądają od nas niezwykłej czujności: każde pokolenie musi je od nowe rozpoznać, rozdzielić i przeżyć, i w końcu umrzeć od nich, bo one naprzód budzą nas do życia, a potem zabijają - dlatego, że wśród nich, wśród rzeczy wielkich i wspaniałych, nikczemnych i posępnych, znajduje się ich niedostępny towarzysz, czas. Czas idzie tuż obok nich, tak jak dawniej, w czasach komunistycznych, delegacjom artystów czy uczonych przydzielano zwykle milczącego kogoś, i ten milczący ktoś reprezentował urząd, o którym mówiło się tylko szeptem. Tu nie chodzi o teorię, o profesorskie spory, tylko o źródła naszego życia i o naszych zabójców. Rozmowa o tym jest bardzo trudna, nikt nie mówi, że chodzi tu o proste percepcje, o łatwe konstatacje. Konserwatyści przykładają starą, srebrną miarkę do nowych czasów. Chodzą po mieście z wykwintną laską o srebrnej gałce w kształcie głowy delfina. Dobrze ich rozumiem, bo i mnie zdarzają się dni czy tygodnie konserwatywne, trudno się przed nimi obronić wobec stałej, permanentnej, bezczelnej inwazji czasu, który zachowuje się nieraz jak Dżyngis Chan, ale zwykle budziłem się z tych konserwatywnych drzemek po to, żeby znów zobaczyć niekończącą się, pasjonującą walkę rzeczy podłych i wspaniałych, nudnych i natchnionych. Walkę, w której przecież także uczestniczyłem, choćbym nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Walkę cierpliwą, wojnę, której nigdy nie zakończy rozejm".

Jakie są źródła naszego życia? Czy rzeczywiście umiemy oddzielać światło od ciemności? A może, tak jak Różewicz potrzebujemy kogoś, kto jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia? Ja potrzebuję. I nie wiem, gdzie szukać prawdy absolutnej, wyroczni, która powie o słuszności biegu spraw. Nasze czasy nie są złe, ale brak im zakotwiczenia, fundamentu, twardej podstawy. Kazało się, że tyle wieków kultury nic nam w tej chwili nie daje, że nieustająca zmiana zmienności wypiera wszystko, co było constns. Ta tęsknota za stałością sprawia, że czujemy się pogubieni. Płynna nowoczesność nic nam nie daje, poza tym, że jest płynna i ciągle się zmienia. Nie jest naszym celem kres wędrówki, ale sama wędrówka... Zagajewski ma rację, musimy być czujni, wrócić do stałości, do kanonu, bo to da nam możliwość interpretacji tego, co mamy teraz. Bez zastanowienia się nad tym, a przecież współczesny człowiek się nie zastanawia, nie będziemy w stanie mówić i słyszeć. Konserwatyści mają trochę racji, ale oni w płynności uczestniczą tak samo jak my...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz