wtorek, 2 sierpnia 2011

pluski i znów Zagajewski

ponieważ pogoda jaka jest, każdy widzi wczoraj postanowiliśmy się do parku z trakcjami wodnymi. Jestem zwierzęciem, które zdecydowanie lepiej czuje się na ziemi niż w wodzie, chociaż i woda sprawia mi wiele przyjemności, szczególnie wizualnych. Uwielbiam urokliwe jeziora, otoczone lasem, podzielone białymi żaglami, emanujące spokojem i przygodą. Tym razem postanowiłam nie tylko oczy nasycić widokiem wody, ale również i trochę popływać, a raczej poudawać, że pływam:)! Razem z moimi siostrami próbowałyśmy poskromić żywioł wody.

Wieczorem wróciłam do zarzuconego na kilka dni Zagajewskiego. Rano skończyłam czytać eseje. Zawsze gdy kończę książkę czuję się tak, jakbym traciła kogoś bliskiego. Jakiś taki dziwny smutek sprawia, że te ostatnie stronice chcę czytać jak najwolniej, aby cieszyć się bliskością nie tylko bohaterów, ale także konkretnego egzemplarza - fachowo nazwanego - drukiem zwartym, samoistym wydawniczo i piśmienniczo. Mam dziwne wrażenie, że kiedy czytam taki "druk zwarty" (ale okropnie to bibliolodzy wymyślili - filozofia tworzy zdecydowanie ładniejsze pojęcia - więcej w nich metafory), to nie jest on już taki "samoistny piśmienniczo". Zżywam się z jego treścią, zanurzam się w nim jak w wodzie i funkcjonuję razem z narracją. Wszędobylskie czytanie... Czytać żeby żyć...

A teraz już Zagajewski o czytaniu, a jakże...: :)))))

"Chwila, pełna szczęścia, chwila wielkiej obietnicy, moment olśnienia, wiersza, wiary, a pomiędzy nimi wije się powolna rzeka narracji, sekwencja dni i nocy, dni pracowitych lub leniwych ciemnych lub rozjaśnionych oczekiwaniem na następne słowo wypowiedziane przez świat, i nocy, kiedy rozkwitają dziwne, namiętne sny, których nie potrafimy zrozumieć. Tak żyjemy, rozdarci między krótkie eksplozje sensu i cierpliwą wędrówkę przez równiny zwyczajnych dni. Czy kiedyś zrosną się te dwie części życia? Lubiłem zastanawiać się nad tym. Lubiłem myśleć o ludziach czytających książki w paryskim metrze, bo przecież oni są pod ziemią, w głębokim cieniu ziemi, w sztucznym świetle jarzeniówek, kiedy za oknami przesuwają się pokryte tagami nieme ściany korytarzy i tuneli. Lubiłem także podróżować paryskim metrem w godzinach, kiedy cichł namiętny huk porannego ruchu i nie zaczął się jeszcze równie namiętny powrót ludzi z pracy do domu, przypływ i odpływ tego statystycznego oceanu, którego wielkość i godzinę można było dokładnie przewidzieć, podobnie jak da się przewidzieć poruszania morza.

Wysoko nad nami, w samolotach, też ktoś czyta książki - najczęściej te z błyszczącymi okładkami, pozbawione tajemnicy, zbudowane na prostych przesłankach i na szczerym pragnieniu sowitego honorarium, ale przecież może się zdarzyć, że ktoś będzie tam, w przestworzach studiował suficki poemat albo Danego i dozna iluminacji. I jeśli wyglądnie przez małe okienko, zobaczy nie czarne ściany, tak jak w labiryncie metra, tylko olśniewającą biel obłoków, wspaniały krajobraz zawsze oświetlony przez słońce, a w dolinie nitki rzek drgające jak dziecinne termometry, paski autostrad, po których ścigają się nerwowe insekty samochodów, żółte paski plaż nad morzem, ciemne smugi lasów, niekiedy wysokie góry pokryte śniegiem i najgłębiej nieruchome, zapatrzone w siebie, autystyczne, i także miasta, gadające różnymi językami, zasypiające niechętnie, świecące nawet o północy gorączkowym światłem neonów. Pod ziemią i nad ziemią, w wagonach metra i w samolotach zawsze ktoś czyta książki".

cdn.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz