Wydaje mi się, że jestem człowiekiem konstruktywnym. Czasem nawet, w przypływie euforii, wydaje mi się, że kreacjonizm rzeczywistości jest również moim udziałem, że umiem zrobić coś z niczego. Kiedy już zejdę z Olimpu szczęścia i samouwielbienia, to orientuję się, że aż tak genialna nie jestem. I co wtedy? Porzucam romantyczne wylatywnie ponad poziomy, a skupiam się na pracy u podstaw, oczywiście podstaw siebie. Nie lubię wtedy, kiedy ktoś moją robotę obraca w pył. Mieszkam w teczce tekturowej, czytam, piszę, myślę - lubię ten stan! Ostatnie dwa dni sprawiły, że mocno zderzyłam się ze światem, nie takim jak mój - konstruktywny, jasny i trochę niedostępny. Nie uważam się za kogoś, kto ma patent na rację, ale nie lubię negowania dla negowania. Ja też krytykuję, ale zawsze staram się zaproponować coś innego. Dekonstrukcja jest zawsze lepsza niż opozycja w ścisłym słowa tego znaczeniu - nie, bo nie! Ona zakłada rozkład na czynniki pierwsze stanu zastanego, ale także zbudowanie z nich nowej jakości. Nie rozumiem też, dlaczego każdy, kto ma choć trochę władzy nade mną, tak skrupulatnie to wykorzystuje i jak śpiewał, cytowany przez mnie zespół - wszyscy chcą mnie zrobić w ch****!
Dlaczego moją niezgodę na świat muszę przypłacić smutkiem i bezradnością. A może jedyny normalny w domu wariatów już nie jest normalny? To wariaci tworzą normę, a ten normalny w ich pojęciu jest odstępstwem od normy! Nie dziękuję - postoję... niech mole nadal chodzą mi po głowie... Najlepszym podsumowaniem będzie fragment mojego ukochanego Wierzyńskiego:
I znów jest tak ni w pięć, ni w dziewięć,
Wszystko się plecie trzy po trzy.
Świat jest, jak ja, dziś pomieszany
Z niebem i obaj pijaniśmy.
Pamiętaj, że wśród ślepców jednooki jest królem!
OdpowiedzUsuń