niedziela, 7 sierpnia 2011

Pańskie Przemienienie




Zgodnie z tradycją ludową, która przecież przenosi jedynie słuszne prawdy, odbyłam wczoraj pielgrzymkę do lokalnego miejsca kultu, popularnie zwanego u nas w domu Kościókiem, a leżącego na granicy Niedzborza i Drogiszki. W miejscu tym, jak głosi wieść gminna, wybiło cudowne źródełko o leczniczej mocy. Woda ta pomagała wiernym w chorobach oczu. Ludzi, którzy przychodzili do źródełka, przynosili ze sobą białe chusteczki, które maczali w wodzie, przecierali nimi oczy i odrzucali je na bok razem z chorobą. Jednak, jak dalej podaje tradycja ustna, kiedyś obmyto cudotwórczą wodą chore oczy psa i od tego momentu straciła ona swoją moc. Wiernych to nie zniechęciło i co roku właśnie na Pańskie Przemienienie przybywają bardzo licznie, w miejsce, gdzie ufundowano w 1644 roku drewniany kościółek Świętego Krzyża.

Mnie, jako dziecku, wpojono sierpniowe odwiedziny w tzw. Kościółku, choć widzę po sobie jak miejsce to z roku na rok traci dla mnie swoją magię. Niestety...

piątek, 5 sierpnia 2011

Bale, Bale i jeszcze raz Bale...

Po siedmiu latach od premiery światowej obejrzałam "Mechanika".


Właściwie na tym mogłabym skończyć swój komentarz do tego filmu. Chociaż nie, powinnam dodać - że zrobiłam to zdecydowanie za późno!!!
Jednak wysilę się na więcej niż dwa zdania, bo film jest tego wart.

Ponury, mroczny, tajemniczy. Muzyka sprawiała, że miałam ochotę, żeby ten film się już skończył. Nie dlatego, że był zły, ale dlatego, że tak się bałam. Mimo wszystko było warto!!!

Główny bohater, w którego rewelacyjnie wcielił się Bale, Trevor Reznik, pracuje w warsztacie. Ma w miarę poukładane życie. Poukładane do pewnego stopnia i do pewnego czasu, bo rzeczywistość zaczyna się gmatwać. Zbiegi okoliczności dla bohatera nie są zwykłymi zbiegami okoliczności, wyczuwa w nich spisek osób, z którymi ma styczność. Zakończenie jest zaskakujące, a film do ostatniej sceny trzyma widza w niepewności, co oglądamy - projekcje umysłu Reznika czy też obiektywną rzeczywistość.

Trevor w przeszłości zrobił coś złego, wyrzuty sumienia nie pozwalają mu zasnąć. Wydarzenie to wyparł, przeniósł do nieświadomości, ale jak to z nieświadomością bywa - zaczęła ona przebijać się do świadomości, dając bardzo mocno o sobie znać. Reznik musi sobie odpowiedzieć na pytanie kim jest? jakim jest człowiekiem? jak żyć? Po wielu drastycznych wydarzeniach i po psychodelicznych zachowaniach wybiera drogę właściwą, drogę do zbawienia - symbolicznego zbawienia i wybawienia.

Chociaż bohater czyta Idiotę Dostojewskiego, to mnie on bardziej przypomina Roskolnikowa ze Zbrodni i kary. Popełnienie zbrodni, nieumiejętność życia z wyrzutami sumienia oraz związek z prostytutką, który jest prawie żywcem skopiowany z książki, nie pozwalają na nieporównywanie filmu do arcydzieła światowej prozy. Ten film jest właściwie identycznym studium ludzkiej psychiki, co wybitna powieść Dostojewskiego. Arcydzieło!!!

Żal tylko, że Bale nie dostał za niego żadnej nagrody! Gigantyczne poświęcenie (odchudził się do wyglądu - nie chciałabym żeby to było zbyt prowokacyjne i niesmaczne, ale on tak wyglądał - więźnia z obozów koncentracyjnych) i genialne aktorstwo, a przy tym niezwykle uniwersalny problem, predestynował ten film do najwyższych nagród!!! Szkoda...

Kiedy dzisiaj w nocy obudziłam się - a jak! dokładnie o 3 - nie mogłam przestać myśleć o tym filmie. Układałam w głowie sceny, analizowałam go klatka, po klatce. Przypomniało mi się, jak w II klasie liceum czytałam pierwszy raz Dostojewskiego. Byłam wtedy chora, leżałam w łóżku. Pamiętam, że bardzo przeżywałam tę powieść, do tego stopnia, że dostawałam temperatury. Śmiałam się wtedy, oczywiście po jakimś czasie, że tę książkę trzeba odchorować - symbolicznie i realnie!!! "Mechanika" też trzeba odchorować, w takim samym sensie, jak Dostojewskiego.

czwartek, 4 sierpnia 2011

constans contra płynność

Ciąg dalszy z Zagajewskiego...

"Konserwatyści potępili nasze czasy, mówili, że są bezduszne, martwe, ale zapominali o ludziach czytających Dantego albo Miłosza w samolotach i w wagonach paryskiego metra. Konserwatyści wychwalali minione stulecia, kochali rycerską Europę, kochali katedry gotyckie i ciche długie nawy romańskich kościołów, w których zachował się szept mnichów. Konserwatyści nie mylili się, kochając stare kościoły, ale mylili się potępiając naszą epokę; nie chcieli zobaczyć, że wszystko trwa dalej, rzeczy podłe i rzeczy wspaniałe nadal trwają. Zmieniają się ich proporcje i nazwy, ich cienie ogromnieją albo maleją, ale one wciąż trwają, tyle że żądają od nas niezwykłej czujności: każde pokolenie musi je od nowe rozpoznać, rozdzielić i przeżyć, i w końcu umrzeć od nich, bo one naprzód budzą nas do życia, a potem zabijają - dlatego, że wśród nich, wśród rzeczy wielkich i wspaniałych, nikczemnych i posępnych, znajduje się ich niedostępny towarzysz, czas. Czas idzie tuż obok nich, tak jak dawniej, w czasach komunistycznych, delegacjom artystów czy uczonych przydzielano zwykle milczącego kogoś, i ten milczący ktoś reprezentował urząd, o którym mówiło się tylko szeptem. Tu nie chodzi o teorię, o profesorskie spory, tylko o źródła naszego życia i o naszych zabójców. Rozmowa o tym jest bardzo trudna, nikt nie mówi, że chodzi tu o proste percepcje, o łatwe konstatacje. Konserwatyści przykładają starą, srebrną miarkę do nowych czasów. Chodzą po mieście z wykwintną laską o srebrnej gałce w kształcie głowy delfina. Dobrze ich rozumiem, bo i mnie zdarzają się dni czy tygodnie konserwatywne, trudno się przed nimi obronić wobec stałej, permanentnej, bezczelnej inwazji czasu, który zachowuje się nieraz jak Dżyngis Chan, ale zwykle budziłem się z tych konserwatywnych drzemek po to, żeby znów zobaczyć niekończącą się, pasjonującą walkę rzeczy podłych i wspaniałych, nudnych i natchnionych. Walkę, w której przecież także uczestniczyłem, choćbym nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Walkę cierpliwą, wojnę, której nigdy nie zakończy rozejm".

Jakie są źródła naszego życia? Czy rzeczywiście umiemy oddzielać światło od ciemności? A może, tak jak Różewicz potrzebujemy kogoś, kto jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia? Ja potrzebuję. I nie wiem, gdzie szukać prawdy absolutnej, wyroczni, która powie o słuszności biegu spraw. Nasze czasy nie są złe, ale brak im zakotwiczenia, fundamentu, twardej podstawy. Kazało się, że tyle wieków kultury nic nam w tej chwili nie daje, że nieustająca zmiana zmienności wypiera wszystko, co było constns. Ta tęsknota za stałością sprawia, że czujemy się pogubieni. Płynna nowoczesność nic nam nie daje, poza tym, że jest płynna i ciągle się zmienia. Nie jest naszym celem kres wędrówki, ale sama wędrówka... Zagajewski ma rację, musimy być czujni, wrócić do stałości, do kanonu, bo to da nam możliwość interpretacji tego, co mamy teraz. Bez zastanowienia się nad tym, a przecież współczesny człowiek się nie zastanawia, nie będziemy w stanie mówić i słyszeć. Konserwatyści mają trochę racji, ale oni w płynności uczestniczą tak samo jak my...

wtorek, 2 sierpnia 2011

pluski i znów Zagajewski

ponieważ pogoda jaka jest, każdy widzi wczoraj postanowiliśmy się do parku z trakcjami wodnymi. Jestem zwierzęciem, które zdecydowanie lepiej czuje się na ziemi niż w wodzie, chociaż i woda sprawia mi wiele przyjemności, szczególnie wizualnych. Uwielbiam urokliwe jeziora, otoczone lasem, podzielone białymi żaglami, emanujące spokojem i przygodą. Tym razem postanowiłam nie tylko oczy nasycić widokiem wody, ale również i trochę popływać, a raczej poudawać, że pływam:)! Razem z moimi siostrami próbowałyśmy poskromić żywioł wody.

Wieczorem wróciłam do zarzuconego na kilka dni Zagajewskiego. Rano skończyłam czytać eseje. Zawsze gdy kończę książkę czuję się tak, jakbym traciła kogoś bliskiego. Jakiś taki dziwny smutek sprawia, że te ostatnie stronice chcę czytać jak najwolniej, aby cieszyć się bliskością nie tylko bohaterów, ale także konkretnego egzemplarza - fachowo nazwanego - drukiem zwartym, samoistym wydawniczo i piśmienniczo. Mam dziwne wrażenie, że kiedy czytam taki "druk zwarty" (ale okropnie to bibliolodzy wymyślili - filozofia tworzy zdecydowanie ładniejsze pojęcia - więcej w nich metafory), to nie jest on już taki "samoistny piśmienniczo". Zżywam się z jego treścią, zanurzam się w nim jak w wodzie i funkcjonuję razem z narracją. Wszędobylskie czytanie... Czytać żeby żyć...

A teraz już Zagajewski o czytaniu, a jakże...: :)))))

"Chwila, pełna szczęścia, chwila wielkiej obietnicy, moment olśnienia, wiersza, wiary, a pomiędzy nimi wije się powolna rzeka narracji, sekwencja dni i nocy, dni pracowitych lub leniwych ciemnych lub rozjaśnionych oczekiwaniem na następne słowo wypowiedziane przez świat, i nocy, kiedy rozkwitają dziwne, namiętne sny, których nie potrafimy zrozumieć. Tak żyjemy, rozdarci między krótkie eksplozje sensu i cierpliwą wędrówkę przez równiny zwyczajnych dni. Czy kiedyś zrosną się te dwie części życia? Lubiłem zastanawiać się nad tym. Lubiłem myśleć o ludziach czytających książki w paryskim metrze, bo przecież oni są pod ziemią, w głębokim cieniu ziemi, w sztucznym świetle jarzeniówek, kiedy za oknami przesuwają się pokryte tagami nieme ściany korytarzy i tuneli. Lubiłem także podróżować paryskim metrem w godzinach, kiedy cichł namiętny huk porannego ruchu i nie zaczął się jeszcze równie namiętny powrót ludzi z pracy do domu, przypływ i odpływ tego statystycznego oceanu, którego wielkość i godzinę można było dokładnie przewidzieć, podobnie jak da się przewidzieć poruszania morza.

Wysoko nad nami, w samolotach, też ktoś czyta książki - najczęściej te z błyszczącymi okładkami, pozbawione tajemnicy, zbudowane na prostych przesłankach i na szczerym pragnieniu sowitego honorarium, ale przecież może się zdarzyć, że ktoś będzie tam, w przestworzach studiował suficki poemat albo Danego i dozna iluminacji. I jeśli wyglądnie przez małe okienko, zobaczy nie czarne ściany, tak jak w labiryncie metra, tylko olśniewającą biel obłoków, wspaniały krajobraz zawsze oświetlony przez słońce, a w dolinie nitki rzek drgające jak dziecinne termometry, paski autostrad, po których ścigają się nerwowe insekty samochodów, żółte paski plaż nad morzem, ciemne smugi lasów, niekiedy wysokie góry pokryte śniegiem i najgłębiej nieruchome, zapatrzone w siebie, autystyczne, i także miasta, gadające różnymi językami, zasypiające niechętnie, świecące nawet o północy gorączkowym światłem neonów. Pod ziemią i nad ziemią, w wagonach metra i w samolotach zawsze ktoś czyta książki".

cdn.



sobota, 30 lipca 2011

9 i 3/4

koniec...

szkoda...

Druga część ostatniej części Harrego - jak to powiedzieć - rozczarowała? zawiodła? zachwyciła? wzruszyła? No właśnie nie wiem. Chyba wszystko po trochu. Żeby to wypowiedzieć musiałabym napisać dwie refleksje - jedną z poziomu widza czystego, bez doświadczeń filmowych, dziecka, które podchodzi naiwnie do filmu... Wtedy było świetnie: przejrzyści bohaterowie, jasne sytuacje, walka dobra ze złem pokazana w bardzo brawurowy sposób. Wszystko mieszczące się w konwencji. No w końcu na taki film poszłam do kina, wiedząc czego mogę się spodziewać i właściwie to dostałam. Z drugiej jednak strony, jeśli miałabym ten film ocenić z pozycji widza, który coś widział już przed Harrym P. i coś czytał, to poczułabym się trochę zmieszana. Jest jednak mały niedosyt, że wszystko jest zbyt banalne, zbyt proste. Kiedy kończy się epilog - wzruszający, a jakże, ma się jednak jakiś niedosyt. Choć z drugiej właśnie strony, chyba takiego końca i takiego niedosytu się oczekuje. Chyba jednak, gdyby nie było banalnie, tendencyjnie i schematycznie, to wychodząc z kina czułabym się oszukana. No i znów zaprzeczam sama sobie. Mam jednak wrażenie, że czegoś było tam za mało, że wszystko zostało powiedziane jak krowie na rowie, a ja tak nie do końca lubię.

Niestety w tej części Hermiona nie odgrywa już tak istotnej roli, jak w pierwszej części, części siódmej (świadomie nadużywam słowa "część"). Ratuje ciągle chłopakom skórę, ale teraz to Harry wychodzi zdecydowanie na plan pierwszy. W poprzedniej części główną bohaterką, duchem sprawczym, była jednak Hermiona. Dla mnie postać rewelacyjna od początku do końca. Jej będzie mi zdecydowanie najbardziej brakowało. :((( Nawet Ron, który pomaga, ale często przez przypadek, w tej części odgrywa dość kluczową rolę, małą, ale bez jego interwencji zniszczenie horkluksa byłoby niemożliwe.

Film - o książce się nie wypowiadam - nie czytałam (przeczytam je dopiero z moim dzieckiem) - dubluje pewne rozwiązania z Władcy pierścieni - bitwa o zamek, starcie globalnych sił dobra i zła, monstrualne potwory stojące po stronie sił złych i dzieci broniące swojej szkoły. Zdaję sobie sprawę, że schemat ten jest obecny w każdej bajce magicznej, a Harry Potter, niewątpliwie wpisuje się w proppowską propozycję czytania baśni. Innym rozwiązaniem jest chwilowe funkcjonowanie Harrego między światami. Od razu na myśl przychodzi tutaj matrixowa scena uwięzienia Neo między światami. Momenty te są do siebie bliźniaczo podobne: Neo między światłami jest na stacji metra, a Harry na dworcu kolejowym Big Cross. Innym nawiązaniem m.in. do Matrixa jest swoisty mesjanizm filmu, ale może tego nie będę zdradzać przed obejrzeniem... Choć wiem, że opowiadanie zakończeń nie wszystkim przeszkadza w oglądaniu filmów. Jednak tym razem powstrzymam się od spoilerowania. Mimo wszystko - motyw mesjanistyczny jest i to bardzo wyraźny.

Kiedy Harry poznał Ginny... wątek romantyczny jest oszczędny, jednak jest... i jak się można spodziewać kończy się happy andem (no przecież jak mogło być inaczej).

Utrzymano całość w bardzo romantycznej konwencji, co dodaje filmowi sentymentalizmu i , no co tu kryć, wzrusza. Tzn. mnie wzruszyło. Przy całej tendencyjności tego filmu ja go polecam. We mnie on budzi małą dziewczynkę zauroczoną światem baśni... i nie sądziłam, że to powiem - żałuję, że to ostatnia część... Choć z drugiej strony (utrzymajmy tego posta w rozdarciu do końca) trzeba wiedzieć kiedy skończyć i jeśli Rowling miała to kiedyś zrobić, to dobrze, że zrobiła to teraz...

Uroczy, wdzięczny, zabawny, fajny...

Przygoda z Harrym dobiegła końca!

Teraz wiem jedno - kupię książkę, żeby zacząć ją jeszcze raz...

czwartek, 28 lipca 2011

informacja turystyczna...






Bagna nad Biebrzą okazały się nieprzyjazne - lało! Ale to nie to było najgorsze. W Informacji Turystycznej w BPN pan, który tam pracował potrafił jedynie dać mapę i powiedzieć, że kosztuje ona 10 zł. Cudo. :( Aż wierzyć mi się nie chciało, że teraz, kiedy tyle mówi się o rozwoju turystyki itp. można natknąć się na kogoś tak kompetentnego. Na żadne więcej pytanie nie udzielił informacji, mówiąc, że on nie wie. Zniechęceni takim obrotem spraw, pojechaliśmy dalej - do Białegostoku. Miałam trochę pretensji do siebie, że wzięłam nieodpowiednie ubrania i że bardziej nie przygotowałam się do wyprawy, ale wiedząc, że jest punkt inf. tur. stwierdziłam, że przecież tyle, ile będzie trzeba dowiem się w tamtym miejscu. Bardzo się myliłam. Mam nauczkę na następny raz.

Diametralnie inną obsługę w pkt. inf. tur. można spotkać w Białym stoku. Pan podarował mapę, przewodnik, powiedział od czego zacząć, gdzie jest najbliżej itp. Aż się chciało zwiedzać!

Białystok - miasto czyste, zielone, urokliwe, ładne. Robi wrażenie Pl. Kościuszki i pałac Branickich, nazywany polskim wersalem. Powinno się jeszcze dodać mini wersalem:). Ogród niestety świeżo posadzony nie robił aż takiego wrażenia, jednak zaznaczona symetria roślin, tworzących dywany pozwalała wyobrazić sobie, jak będzie to wyglądało za jakiś czas. Obecnie w pałacu mieści się Uniwersytet Medyczny, co sprawia, że po korytarzach można chodzić bez skrępowania.


wtorek, 26 lipca 2011

czasem słońce..., czasem deszcz...

Wczorajsza podróż przebiegła pod znakiem Trójki i rozpogodzeń - im dalej na północ, tym niebo bardziej sprzyjało, przejaśniając się i mrugając promieniami słońca... Nastrój niewątpliwie tworzyło radio: bombonierki i I`ve got you under my skin Franka Sinatry przeniosły mnie w świat sentymentalnych przemyśleń. W Ełku przejaśniło się do tego stopnia, że można było leżeć na plaży i spacerować nad brzegiem jeziora. Miastu trzeba oddać to, że jest urokliwe. Wykorzystano położenie, bezpośrednią bliskość jeziora i ciekawie urządzono nadbrzeże, budując np. galerię świątków ludowych. W ogóle część turystyczna przepełniona jest ludowymi rzeźbami.

Oberża pod gontem - położona w sąsiedztwie Ełku - grzeszy jednym - rewelacyjną kuchnią. Wczorajsza kolacja i dzisiejsze śniadanie, to prawdziwa uczta. Jeśli miałabym wybierać danie dnia, a chyba nawet pobytu, to będą to OGÓRKI MAŁOSOLNE. Rewelacyjne! Takie jak powinny być.

Niestety miejsce to ma jednak i minusy, nad którymi nie zastanawiałam się kupując pobyt: bliskość intensywnie wykorzystywanej drogi oraz nastawienie bardziej na weselników niż turystów. Oberżę można traktować wyłącznie jako bazę wypadową dla podróży po Mazurach, bo samo w sobie, poza kuchnią i uroczym wystrojem, a trakcji nie ma. Trudno tu nawet zasięgnąć informacji o szlakach, a wypożyczenie rowerów możliwe jest dopiero w Ełku. Mimo to, ogórki małosolne rekompensują wszystko...

Dzisiaj pada. Bardzo dobra pogoda, aby wybrać się na Bagna Biebrzańskie...

poniedziałek, 25 lipca 2011

deszcz i książki...

może to i dobrze... dobrze, że żar nie leje się z nieba, a leje się deszcz, bo mogę robić to, czego już dawno nie robiłam. Nie robiłam z takim spokojem, wyczuciem na estetykę, formę, z rozkoszą zatapiania się w cudze myśli, życia, narracje. Mogę czytać! I nie ważne, nie musi być upału - Bóg też może czasem odpocząć...

Wracając do Zagajewskiego - to jest jedyna książka, którą mam ochotę skończyć - czytanego przeze mnie jeszcze w Toruniu: wczoraj wieczorem natknęłam się na fragment o książkach i bibliotekach. Autor bardzo często porusza ten temat - czytaną przeze mnie Lekką przesadę właściwie można określić jako katalog lektur, doznań estetycznych, przeżyć, miejsc, ludzi, wspomnień, które z cała swoją mocą odcisnęły się na biografii poety.

Zagajewski - ambasador kultury polskiej na świecie, uznany poeta i eseista, który od lata czaka na Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury (pewnie nigdy jej nie dostanie, bo jego "wiersze są zbyt historyczne"), porusza się w świecie książek i książnic, pisząc o nich, zarażając pasją i interpretując ich miejsce w swoim życiu, w życiu innych, w życiu kultury uniwersalnej - śródziemnomorskiej.

Przytoczę jedną z jego refleksji o bibliotecznych książkach. Dlaczego akurat tę? Bo wypowiada ona również moje osobiste przeżycia. Przypomniała mi o książkach w szaroburym papierze, o nieczytaniu opisów przyrody, co bardzo odchudziło Reymontowskich Chłopów, czar biblioteki i sposoby na spędzanie wakacji - podróże w świat fikcji literackiej, kiedy to, czasem bez śniadania i innych posiłków, leżałam w łóżku do 14., i czytałam (dzisiejszy dzień wyglądał podobnie - pierwszy dzień dorosłych wakacji, czyli urlop). Fragment ten budzi również wiele skojarzeń ze sposobami czytania, ze sposobami na czytanie i z osobami, które czytają powieści, fantastykę, wszystko... nawet cztery książki na raz...

"Mieszkałem sześć czy osiem minut marszu od miejskiej biblioteki, byłem niezwykle pilnym czytelnikiem książek, głównie powieści, które - wszystkie - obłożone były w szaroburym papierem pakunkowym, jakby ktoś ubrał je w mundury, chcąc ujednolicić ich niedającą się ujednolicić odmienność. W domu też nie brakowało książek, wydawało mi się jednak, że wszystkie je już przeczytałem, tak jak o tym mówi Mallarme w wierszu Brise mrine ("j`ai lu les livres"). Zresztą książki domowe były zbyt domowe, zbyt swojskie. Szukałem niezależności. Biblioteka mieściła się wtedy w miejskim ratuszu. Solidna tablica na murze ratusza informowała, że tutaj zatrzymał się na jedną noc król Jan III Sobieski idąc na odsiecz Wiednia. Król, myślałem, zatrzymał się w mojej bibliotece! I dzięki temu szarobure książki miały w sobie coś nieco królewskiego. Lubiłem chodzić do biblioteki, codziennie, lub prawie codziennie. Teraz trudno mi w to uwierzyć, ale czytałem wówczas z nieprawdopodobną szybkością, omijając zwykle opisy przyrody. Z rozmów z przyjaciółmi wiem, że nie było w tym nic wyjątkowego. [...]
Uwielbiałem moment wyjścia z domu [...]. I potem moment, kiedy z nowo wypożyczonymi tomami wracałem do domu, który przestawał być więzieniem, tak jakby moja nieobecność oczyściła go. Nowo wypożyczona książka zapowiadała niezwykłe przeżycia [...]".
(Adam Zagajewski, Lekka przesada, Kraków 2011)

sobota, 23 lipca 2011

Możdżer kontra czas


Znając kilka kompozycji Możdżera i wiedząc o tym, jakim uznaniem cieszy się on w jazzowym świecie, postanowiłam sprawdzić na żywo z czym się to je. I z czym się je Możdżera? Hmmm...
Z gigantycznym poczuciem humoru, z bystrymi ripostami i niesamowitą inteligencją. Rzadko kiedy można powiedzieć tak o muzyku. A jednak - w tym wypadku jest to kwintesencją występu, jaki na toruńskim, ratuszowym dziedzińcu dał Możdżer.

Zimno... i pada... - taka pogoda z turnauowskiej "Brackiej"... A koncert przerywany salwami śmiechu wywołanymi przez reakcję muzyka na... bijący zegar, na wieży ratuszowej. Co kwadrans - punktualnie, odgłos nie przeszkadzał muzykowi, ale został wykorzystany do urozmaicenia występu. Kiedy zaczęły wybrzmiewać pierwsze dźwięki fortepianu, odezwał się właśnie o 19.45 pierwszy raz... I co? Możdżer od razu podchwycił wybrzmiewające dźwięki i zaczął improwizacyjne przekomarzanie się z "siłą wyższą". Co 15 minut zmieniał repertuar tak, aby wykorzystać instrument, który dostał w pakiecie razem z murami i atmosferą ratusza. Aby precyzyjniej naśladować swoistą muzykę sfer i zegarowych zębatek Możdżer wzbogacił fortepian o sztućce rzucone na struny instrumentu. Zabieg ten pozwolił mu na uzyskanie prawie identycznego, zegarowego dźwięku.

Całość wywołała we mnie niesamowite zdziwienie i uznanie dla muzyka, który wykazał się poczuciem humoru i jakże sympatyczną reakcją na otaczającą go przestrzeń. Przed bisem muzyk pytał publiczność, jak my tu możemy funkcjonować z tym zegarem i czy przez to nie jesteśmy zestresowani. Kiedy skończył rozmowę z publicznością zegar znów zaczął wybijać pełną godzinę. Zabił dziewięć razy, a kiedy skończył Możdżer nagrodził go brawami.

Wiedziałam, że idąc na taki koncert wysłucham muzyki na najwyższym poziomie, ale mimo wszystko bałam się, że mówiąc krótko - wynudzę się. Ale nie... okazuje się, że można zrobić z muzyką jazzową coś intrygującego, coś po czym nawet tacy ignoranci, jak ja, będą szczerze zachwyceni.

A tu jest coś na udowodnienie tych słów. Kompozycja Możdżera, w której wykorzystał muzykę z filmu "Prawo i pięść". Urzekające...

Posłuchaj... http://www.youtube.com/watch?v=DoJ-n2yqoNQ

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

errata do życia...

piękny, cudowny, subtelny, rewelacyjny... Wiem, że dużo przymiotników i to przymiotników jednoznacznie nacechowanych, ale nie są one przesadą. Po obejrzeniu "Erratum" nie da się tego filmu inaczej opisać jak tylko namnażając przymiotniki, wyrażające zachwyt widza. Tak, zachwyt! Film drobiazgowy, subtelny i delikatny w pokazywaniu tych najtrudniejszych emocji - żalu, miłości, cierpienia, oczekiwania na przebaczenie, nadziei... I to właśnie ten aspekt filmu decyduje o tym, że trafia on w samo sedno wrażliwości odbiorcy. Nic tu nie jest powiedziane dosłownie, nawet ból nie jest wykrzyczany. Bohaterowie rozmawiają ze sobą tak, jakby mieli zaciśnięte przez żal i prośbę o wybaczenie gardła. Cała dosłowność jest ukryta w nich. Widz nie dowiaduje się, co stało się kilkanaście lat temu, możemy się tylko domyślać, jakie czyny położyły się na teraźniejszości bliskich sobie ludzi.

Michał trochę przez przypadek, jeśli on istnieje, wraca na moment do rodzinnej miejscowości. To ma być chwila, załatwienie interesu i natychmiastowy powrót do rodziny. Los/Bóg/fatum/przypadek - nazwijmy TO jak chcemy - decyduje jednak inaczej. Michał zostanie tak długo w tym miejscu, jak długo będzie to potrzebne, aby wyprostować swoje życie, aby napisać do niego erratę, aby naprawić błędy. Tu film jest odrobinę schematyczny i przewidywalny, ale nie chcę o tym pisać, bo film jest tak urzekający, że nie chce mu się robić krzywdy! Michał wracając do swojego ojca, chce z nim rozmawiać, czuć, że chce wykrzyczeć ból, zawiedzenie i pozostałe złe emocje, związane z relacją z ojcem. Spotykając się z przyjacielem z czasu szkoły, chce wyjaśnić, co się z nim przez czas nieobecności działo i dlaczego tak było, szuka słów: "Stary, jest dobrze, nie gniewam się, zacznijmy wszystko raz jeszcze". I... mają szansę zacząć...

Film obfitujący w symbole: woda, ogień i dźwięk pukania tworzą mistyczny, metafizyczny nastrój. Ma się wręcz pewność, że gdyby Michał wrócił do rodzinnej miejscowości dzień przed tym, kiedy powinien, albo dzień po, to wszystko to, nie mogłoby się wydarzyć. Miałam wrażenie, że Ktoś, nad tym wszystkim czuwa, że tak po prostu musi być... Czeka się na koniec z zapartym tchem i z każdą minutą przekonujemy się również, co jest w naszym życiu ważne. Może to i banalne, ale Michał udowadnia, że trzeba żyć tak, jak się myśli, a nie myśleć tak, jak się żyje. I to zakończenie! mmmmm z całą pewnością powiem: nigdy nie widziałam piękniejszego...

wtorek, 22 lutego 2011

być czarną owcą...

Ostatnia akcja na FB wzbudziła moje zainteresowanie - Olej stado! Bądź czarną owcą! Stado, tj. 56% społeczeństwa nie czyta, choć to mało powiedziane - nie czyta nawet 3 stron litego tekstu. Książki nie budzą zainteresowania, nie przenoszą wartości, nie kształtują świat człowieka, nie wpływają na jego postrzeganie rzeczywistości. Dzięki nieczytaniu książek człowiek myśli tak, jak żyje! I tak się zastanawiam... czy to w ogóle warto żyć tak, jak się myśli!? A może to właśnie większość tym razem ma rację! Może ONI są lepsi! Bo co nam daje czytanie? Zmarnowany czas, wydane bez potrzeby pieniądze na książki, wysiłek dla oczu, a w tym czasie moglibyśmy obejrzeć kolejny odcinek serialu lub czegokolwiek innego! Czy rzeczywiście powinniśmy czytać?! Chyba nie, a raczej na pewno NIE (i mówię to z pełną odpowiedzialnością)! Z czytaniem jest jak z uczeniem filozofii, jeśli się zacznie uczyć i wpajać czytanie jako wartość, to wykształcimy społeczeństwo krytyków, widzących i chcących czegoś więcej niż oferuje nam szara, smutna i polska rzeczywistość. Zatem... NIE WARTO! Czytanie uszlachetnia, więc nie czytajmy! Bądźmy stadem..., ja chcę być stadem - kropelką w jeziorze, morzu, oceanie nieczytania! Nie chcę rozumieć i pojmować więcej..., nie chcę! Bo to wszystko sprawia, że czuję się w tym społeczeństwie źle, wyautowana, wyalienowana, niezrozumiana! Jestem kimś niedostosowanym społecznie, bo mam swoje, czasem inne zdanie, bo coś przeczytałam, bo coś wiem... Czuję się winna! Przecież nie chodzi w życiu o to, żeby być outsider`em! Może wtedy, kiedy będę czystą biała kartką, zalaną koktajlem popkultury, to będzie mi lepiej... Będzie mi wszystko jedno, przestanę się denerwować, dziwić i zacznę zachwycać się... prostactwem, którego tyle jest wokół...